sobota, 30 maja 2015

2015-05-30

Dam sobie radę, muszę, to boli ale muszę o nim zapomnieć. Tak po prostu. Zależy mi na nim jak na nikim nigdy, ale za bardzo cierpię. Ile można? Ile wytrwam jeszcze? Ile tak pociągnę? Chcę zmienić szkołę, ze względu na to że go codziennie widzę. A nie chcę, nie chcę go widzieć, słyszeć ani nic. Czuję się jakby mnie tir pierdolnął. Nie mam już życia psychicznego. A tak pragnęłam tylko z nim być, tylko mieć go blisko. Dla niego oddałabym wszystko, ale to za mało. Za dużo wylanych łez, za dużo przelanego alkoholu. Za dużo jak na "kolegę". Jak myślisz dam radę go zostawić? Nie odzywać się z nim, nie patrzeć na niego? To jest taka światłość dla mnie, tylko on mnie uratuje z tego, a ja tego ratunku nie chce. Nie wiem jak samej do siebie dotrzeć. Jestem tak nieogarnięta, nie myślę, nic nie mogę z tym zrobić. Czuję się jak gówno, bezużyteczne gówno. Te kilka miesięcy mnie podciągnęły duchowo, ale ostatni miesiąc mnie zniszczył. Przy nim zapominałam o wszystkich problemach. Wyobraźnia mi cały czas ponawia to wydarzenie z przed Parasola, jak mnie pocałował, jego oczy. I moja wewnętrzna radość. Moja wewntęrzna boginii skakała z radości jak się zbliżył. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, sama to przetraciłam, sama zepsułam, jak całe swoje życie w sumie. Zawsze cierpię przez swoją głupotę. Kawiak po ch** ci była miłość. Jakby ci to miało pomóc. Ale miłość jest tragiczna.. Wiem że będzie szczęśliwy teraz, a chcę tylko jego szczęścia, zawsze chciałam jego szczęścia. I na tym koniec. Więcej tu nic nie napiszę, zamknięty rozdział. Za bardzo go kocham. Cześć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz